8 lutego 2017

O tym jak spełniliśmy nasze największe marzenie


kupno mieszkania, o tym jak spełniliśmy nasze największe marzenie,zakup mieszkania, jak kupić mieszkanie

  Co kilka lat lubiliśmy zerknąć na rynek nieruchomości, umówić się na spotkanie i zobaczyć perełki, które wpadły nam w oko. Kilka razy na poważnie przerabialiśmy również temat budowy domu;
ile myśmy projektów przewertowali za tych 7 lat małżeństwa... ;) 
Bez oszczędności, z brakiem zdolności kredytowej - to najbardziej wkurzało mnie w pracy M.
(w mojej zresztą było podobnie),że niby nas stać, ale papier nie ten - kończyło się na marzeniach, oglądaniu i marzeniach ;)

W czerwcu zeszłego roku znowu przyszedł ten czas...

Wiele się zmieniło w naszym życiu, więc tym razem mogliśmy zacząć od wizyty u doradcy finansowego. Po sprawdzeniu wszystkiego dostaliśmy zielone światło. Radość, łzy i nadzieja,
stan jakbyśmy właśnie ujrzeli dwie kreski na teście ciążowym ;)
Ustaliliśmy budżet, spisaliśmy wszystko to na czym nam zależy i to co nie przejdzie nigdy,
postanowiliśmy też powiększyć obszar poszukiwań - braliśmy pod uwagę nawet przeprowadzkę
nad polskie morze (wyobrażacie sobie jechać przez całą Polskę by oglądnąć mieszkanie/dom ?
do tej pory nie wiem cośmy sobie wtedy myśleli) i umówiliśmy się na kilkanaście spotkań.

Interesowało nas mieszkanie o pow. nie mniejszej jak 60m2, najlepiej 4/5pokoi , lub 3pokojowe
z możliwością przebudowy na 4 - między Tolą, a Cyprianem jest prawie 5 lat różnicy,
nie wyobrażaliśmy sobie by mogli razem dzielić jeden pokój do czasu wyprowadzki z "domu rodzinnego", my też nie chcieliśmy rezygnować z własnej sypialni, o której marzyliśmy od dawna.
I balkon, balkon był dla nas bardzo ważny - im większy tym lepszy ;) taka blokowa namiastka własnego ogrodu :) W grę nie wchodziły mieszkania na parterze - w zimie całe ciepło ucieka
do piwnicy, ani na ostatnim piętrze - przeciekający dach to sufity do remontu.

Im więcej mieszkań oglądaliśmy tym bardziej spełniał się nasz najgorszy scenariusz;
w końcu możemy kupić własne M, ale nie ma takiego, które byłoby TYM dla nas.
Nowo budowane mieszkania wykluczyliśmy od razu - za drogie, nigdy nie chcieliśmy zapłacić
za coś co będzie dopiero budowane. Naciągnięty budżet wiele nie zmienił w naszej sytuacji.
Większość mieszkań na 4 ostatnim piętrze, bez windy - te od razu wykluczaliśmy;
jedno odpadło z powodu balkonu - siedząc na balkonie mogłaś/eś być obserwowany ze 100 innych mieszkań/balkonów (blok w kształcie litery L,a "nasz" balkon po tej krótszej stornie);
inne było na zasadzie " Wy kupicie ode mnie to mieszkanie to ja za te pieniądze kupie sobie inne
i dopiero wtedy się wyprowadzę" a że Pani ĘĄ byle czego nie chciała to i my podziękowaliśmy; jeszcze inne wspominamy do dziś: metraż 72m2, 6 piętro z windą, 4 pokoje, na zdjęciach
do zaakceptowania, cena może nie super okazja, ale przyjemna - to co zobaczyliśmy na miejscu - tego nie da się opisać, to trzeba było zobaczyć na własne oczy.
Smród jaki nas przywitał - koszmar, kuchnia porozwalane meble, łazienki smród i wszystko do wymiany natychmiast, okna również, pokoje to pozdzierane tapety, gdzieniegdzie "zerwane" tynki, uszkadzane parkiety, więc wszystkie podłogi wymiana - agent tłumaczył to tym, że właściciele chcieli remontować, ale ostatecznie się wycofali...
Nie braliśmy pod uwagę mieszkania do remontu generalnego, jednak widzieliśmy potencjał
w tym metrażu i ustawieniu. Złożyliśmy ofertę.

Właściciele zgodzili się obniżyć kwotę o jakieś 5 tys., co biorąc pod uwagę to ile pracy, materiałów
i pieniędzy musielibyśmy do niego włożyć, by w ogóle zamieszkać było nie do zaakceptowania.
Czy było mi przykro ? Ani trochę, a mój M. wiedział od pewnego dnia, że nawet jeśli zgodzą się na naszą kwotę i tak go nie kupimy... Bo któż nie zna mnie lepiej niż mój własny mąż ;)

Gdzieś między oglądaniem kolejnych mieszkań, bliżej rezygnacji i końca urlopu M,
który notabene miał zakończyć wspólne poszukiwania znaleźliśmy ogłoszenie 3 pokojowego mieszkania, które prócz ilości pokoi spełniało wszystkie nasze zachcianki ;)
Umówiliśmy się na spotkanie.

To był ciepły i słoneczny czerwcowy dzień. (Poświeciłam pół godziny na odszukanie dokładnej daty,
ale nie udało się, a tak mi zależało, żebyście poznali TĘ datę. No cóż może innym razem...)
Jak to zwykle bywało; wizyta w agencji, dowodziki, podpisy i wycieczka pod dany adres.
Drzwi otworzyło nam młode sympatyczne małżeństwo, syn w wieku naszej Toli i jak się później okazało kolejne w drodze :) Pokazali mieszkanie, odpowiedzieli na nasze pytania.
Mi wystarczyło zerknąć na widoki z okien i balkonu; to była miłość od pierwszego wejrzenia, 
wiedziałam, że nie ma drugiego takiego, że to albo żadne,a M. od razu zobaczył tę miłość ;)

Kolejne wizyty były bez sensu, wszystkie mieszkania porównywałam do TAMTEGO.
Nocą śniło mi się TO mieszkanie, a rano zasiadałam z kartką i ołówkiem, by wycisnąć z niego ten jeszcze jeden potrzebny nam pokój. Opcji mieliśmy całkiem sporo...

Moja wielka miłość skończyła się, gdzieś z początkiem wakacji. Pewne komplikacje sprawiły,
że musieliśmy odpuścić zakup mieszkania. Ciężko nam było, wiele łez wtedy popłynęło,
ale życie musiało toczyć się dalej. Nie powiem, co jakiś czas sprawdzałam, czy TO ogłoszenie
jest nadal aktualne i tłumaczyłam sobie " jeśli jest nam pisane będzie na nas czekało"

W październiku pojawiła się nadzieja, że tym razem się uda. Ostrożniej i z dystansem zadzwoniliśmy. Okazało się, że nadal czeka na nas. Spotkanie ze spotkaniem, gromadzenie potrzebnych dokumentów ze strony właścicieli i naszej. By kupić mieszkanie, uregulować wszystkie dodatkowe opłaty (jest ich na prawdę sporo dając ładną sumkę, ale o tym może innym razem jeśli będziecie chcieli),
kupić najpotrzebniejsze rzeczy tj.sprzęt AGD, przecież nie mieliśmy tak naprawdę nic swojego musieliśmy wspomóc się kredytem, w jak najmniejszej kwocie, ale jednak kredytem.
M. pobrał zaświadczenia, które złożył w pracy. W miedzy czasie kolejne spotkanie, umowa przedwstępna, zaliczka. Nadal czekaliśmy na zaświadczenie z pracy M. Tydzień, dwa, trzy...
Milion telefonów, bombardowanie księgowej jednej, drugiej i nic. Jeden skan, który mogliśmy sobie wsadzić - na pewno wiecie gdzie, oryginał wysłany na 1000% potrafił po 10 dniach odnaleźć się
na biurku owej księgowej :/ Kończył się nam czas,widmo straty kilkunastu tysięcy jakie wpłaciliśmy na zaliczkę dobijało kolejne bolesne gwoździe...

Poddaliśmy się, pogodziliśmy się z myślą, że zostaniemy w wynajmowanym mieszkaniu jeszcze bardzo długo (czyt. aż właściciele nas wywalą) i pozostało nam jedynie wykonać jeden telefon, telefon do agencji, że przykro nam, ale przeliczyliśmy się i nas po prostu nie stać.
Wtedy w naszym życiu pojawił się Anioł :)
Pewna bliska nam osoba pożyczyła nam brakującą gotówkę (tu i teraz, zawsze i wszędzie,
dziękuje Ci :* ), pomogli nam też nasi rodzice, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni :)


Dzięki Nim, dzięki naszym rodzinom dnia 8 grudnia 2016 
kupiliśmy nasze pierwsze własne mieszkanie 


To po dniu ślubu, narodzinach Toli i narodzinach Cypriana kolejna ważna dla nas data.
Data od której zaczęliśmy nowy etap życia, ale o tym dowiecie się niebawem...

7 komentarzy:

  1. Temat dla nas na czasie (chociaż myślimy raczej o domu), więc będę śledzić uważnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam, bo kupno to pikuś (choć niestety u nas samo kupno to najgorszy czas, ale o tym w kolejnym wpisie) dopiero remonty i urządzanie to nie lada wyczyn :)

      Usuń
  2. Dom to prawdziwe wyzwanie. My ograniczyliśmy się do mieszkania, bo nie mamy tradycji życia w domkach. Niemniej jednak wyobrażam sobie ile musi być pracy przy takiej inwestycji :)
    Życzę powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, my choć oboje z domów to również wybraliśmy mieszkanie. Przyszłościowo myślimy bardziej o podróżach niż pieleniu ogródka (i mówią to ludzie, którzy skończyli technikum architektury krajobrazu ;))

      Usuń
  3. ja się nie mogę doczekać zdjęć! i gratuluję Wam spełnienia marzeń:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doczekasz się na pewno ;) Dziękuje, choć sam zakup to był dla nas niekończący się koszmar i kilka tygodni oswajaliśmy się z myślą, że w końcu mamy swoje 4ściany ;)

      Usuń
  4. A więc czekam na dalszą relacje:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń